Archiwum dla styczeń, 2007

Czekając na Godota z WSI

poniedziałek, 29 styczeń, 2007

Gra UbekMyślałem, że po cytacie z dzisiejszego wywiadu z Antonim Macierewiczem w “Rzeczpospolitej” nic mnie bardziej nie rozbawi, ale inwencja rządzących jest nieograniczona i już późnym popołudniem okazało się, że wywiad Antoniego M. to mały pikuś.
Ale po kolei. We wspomnianym wywiadzie jest taki oto fragment:

Pan był śledzony?
- Byłem, ale na razie nie znaleziono takich dokumentów.

Jeśli “Rzepa” chciała zdemaskować paranoję Macierewicza – brawo, udało się doskonale. Ale jeśli ktoś to puścił na poważnie, to ja wysiadam…

Tego rodzaju argumentacja zdarzała się zresztą obecnej ekipie już wcześniej. Minister Ziobro demonstrując słynną niszczarkę przy aferze billboardowej (której nie było) przekonywał, że brak dowodów to najlepszy dowód winy (bo przecież dowody można było zniszczyć). Premier Kaczyński, o ile dobrze pamiętam, zapisał się w historii również i takim cytatem: “Nie ma na to żadnych dowodów, ale nie ma też żadnych wątpliwości, że…”. Słowo daję, nie pamiętam czego rzecz dotyczyła, ale ów słowny wytrych służył pogrążeniu politycznego rywala, najpewniej z PO.

Cytat z Macierewicza okazał się jednak niczym przy wieczornych informacjach, że szumnie zapowiadany na 1 lutego raport o WSI nie ujrzy światła dziennego. Dlaczego? Między wierszami można wyczytać, że raportu de facto jeszcze nie ma. Ale przecieki już były (swoją drogą czas chyba wezwać z Zachodu polskiego hydraulika). Dzielne rządowe “Wiadomości” dotarły do kilku ze 115 nazwisk agentów wśród dziennikarzy. Ale z dzisiejszych informacji można wnioskować, że pozostałe 112 nazwisk dopiero się wymyśla…

W oczekiwaniu na ten prześmieszny raport, który na pewno będzie “porażający”, proponuję zagrać w grę “Ubek”. Powinna zrobić dzisiaj furorę. Wprawdzie jest stara i trzeba do niej dokupić stareńki komputer Amiga (np. na Allegro), ale co to dla prawdziwych fanów IV RP i tropicieli agentów?

Tylko gra w “Ubeka”
Pozwoli doczekać ci
Raportu WSI!

Foto via Allegro

Film dla lustratorów i antylustratorów

sobota, 20 styczeń, 2007

W przyszłym tygodniu do kin wchodzi “Życie na podsłuchu” niemieckiego reżysera Floriana Henckel-Donnersmarcka. Miałem okazję obejrzeć ten film wczoraj na przedpremierowym pokazie.
Nie zdradzę wiele ponad zwiastun, jeśli powiem, że film jest o tym jak partyjny bonzo od kultury (wypisz-wymaluj Łyżwiński) zleca podsłuch znanego NRD-owskiego pisarza Georga Dreymana, który stara się żyć dobrze z władzą, choć jej się nie podlizuje przesadnie. Facet jest czysty jak łza, więc Stasi nic na niego nie znajduje, ale słucha wytrwale i zaciska sieć… Dalej zdradzał nie będę, bo nie chcę wam psuć przyjemności wchłaniania świetnie napisanego scenariusza.
Dystrybutor “Życia na podsłuchu” nie mógł sobie wyobrazić lepszego momentu na wprowadzenie tego filmu do kin. Kraj ogarnęła chora gorączka lustracyjna i codziennie wyciekają jakieś dokumenty i kolejna osoba obrzucana jest błotem i oskarżeniami o agenturalność. Dodatkowo PiS zapowiada, że pichci ustawę o “deubekizacji”, a może i nawet dekomunizacji.
I oszalałym lustratorom, i zapiekłym przeciwnikom lustracji, i tym, którzy na to leją z góry zdecydowanie polecam obejrzenie filmu Donnersmarcka. Być może tym, którzy są za młodzi, żeby pamiętać tamte czasy, co nieco opowie on i o ubekach, i o TW, i w ogóle o życiu “za komuny”. Film pokazuje jak skomplikowane było wówczas życie, zarówno z jednej, jak i drugiej strony barykady.
Kto ma rację w sporze o lustrację? HGW…
(aby prawidłowo rozszyfrować ten skrót po prostu musicie obejrzeć film).
A tu można obejrzeć zwiastun.

Narodowy Bank PiSu

czwartek, 4 styczeń, 2007

Sławomir SkrzypekPrezydencki thriller z kandydaturą na prezesa NBP dobiegł końca. A raczej dobiegła końca jego pierwsza część. Oto mamy kandydata: Sławomira Skrzypka.
Kiedy zobaczyłem tę wiadomość w TVN 24 nie mogłem w nią uwierzyć i nadal chciałbym wierzyć, że tylko mi się to przyśniło, bo zjadłem coś zepsutego i męczą mnie nocne koszmary. Zdaje się jednak, że to jawa, nie sen.
Otóż chcę wyraźnie powiedzieć, że prezydent RP przekroczył tym samym granicę żenady i obciachu jaką sam sobie wyznaczał jeszcze kilka godzin wcześniej. Oto dlaczego:
Choć od samego początku rządów PiS i przystawek wiadomo było, że kadencja Leszka Balcerowicza kończy się w styczniu 2007 r., o kandydata na jego miejsce szuka się gorączkowo dopiero od niecałego miesiąca. Jak wszystko inne za tej władzy – i to było robione po cichu i na chybcika. W normalnych krajach szef banku centralnego to poważne stanowisko i sprawa jego sukcesji rozstrzyga się dużo, dużo wcześniej. U nas najpierw pojawił się jeden nieznany szerzej kandydat (prof. Sulmicki), który po dwóch dniach zrezygnował.
Ale to był dopiero wstęp do obciachowego ciągu zdarzeń. Potem serwowano nam kolejne zapewnienia i terminy wyznaczenia następcy Balcerowicza i już w święta wiadomo było, że wszystko zakończy się opóźnieniem i co najmniej kilkudniowym wakatem na stanowisku prezesa NBP.
Po Nowym Roku ministrowie kancelarii prezydenta udzielali na prawo i lewo wywiadów, że już-już, kandydat jest tuż-tuż. I że będzie to człek z doświadczeniem i wiedzą przeogromną. A przede wszystkim – że to nie będzie drugi Balcerowicz (tak raczył się wyrazić minister Szczygło). Czas mijał, a kandydata wciąż nie było. Jakby nie dość było tej żenady, ministrowie powywieszali swoje wywiady na stronie głównej prezydenta. Jakby chcieli udokumentować gigantyczną niekompetencję ośrodka prezydenckiego.
Ale absolutnym szczytem szczytów okazała się sama kandydatura. Sławomir Skrzypek to wieczny lokaj Lecha Kaczyńskiego jeszcze od czasów jego prezesury w Najwyższej Izbie Kontroli. Za prezydentury Kaczyńskiego w Warszawie Skrzypek odpowiadał za inwestycje – których praktycznie nie było. Potem rzucono go m.in. do zarządu PKO BP. Nie mógł zostać prezesem, bo prawo bankowe wymaga jednak doświadczenia w zarządzaniu instytucjami bankowymi – ale wiceprezes Skrzypek urzędował w zarządzie, a po odejściu prezesa Podsiadły został faktycznym kierownikiem tego zamieszania. Tyle że rada nadzorcza Skrzypka na prezesa mianować jednak nie chciała. Został więc p.o. prezesa. A ostatnio wziął sobie na doradcę innego specjalistę od bankowości – Kazimierza Marcinkiewicza.
Teraz Skrzypek pokieruje NBP, a Marcinkiewicz wygra ustawiony pod niego konkurs na prezesa PKO BP.
I tylko naszych pieniędzy szkoda. (Swoją drogą, ciekawe jak zareagują rynki walutowe).
Co jest śmieszne, a co straszne w tej całej historii?
Straszne jest to, że jeśli Skrzypka wybiorą, będzie przez ładnych parę lat nieodwoływalny. Ale to nie znaczy niezależny. W końcu nie będzie mógł ugryźć ręki, która dała mu to stanowisko i tyle innych wcześniej. Zdaje się, że prezydent zapomniał też, że on tylko wyznacza kandydata na prezesa, ale NBP powinien być instytucją niezależną – także od prezydenta.
Straszne jest też to, że oto testuje się na naszych własnych pieniądzach stwierdzenie przypisywane kiedyś Leninowi, że nawet kucharka może zostać szefem rządu.
A co jest w tym wszystkim śmiesznego?
Że PiS i jego pomagierzy wyłożyli się na swoim sztandarowym haśle: Balcerowicz musi odejść.
Jasne, że musi – kończy mu się kadencja.
Ale co dalej, panowie szlachta?
Jutro w gabinetach banków centralnych na całym świecie najpierw rozlegnie się gromkie “Who the fuck is Skrzypek?” A kiedy już asystenci zrobią research, równie gromko wszyscy prezesi zakrzykną: “O, shit!”.
Jako i ja czynię :(